Przyłapana na niepamięci

Szczycę się tym, że mam doskonałą pamięć. Pamiętam każde słowo, które K. kiedykolwiek do mnie powiedziała. Potrafię przywołać w myślach każdy grymas jej twarzy, każdy uśmiech i każde zmarszczenie brwi. Pamiętam chwilę, kiedy po raz pierwszy podałyśmy sobie dłonie, pierwszy pocałunek i każdy następny. Potrafię odtworzyć w myślach wszystkie kłótnie i wszystkie komplementy. Znajomi często żartują z K., że  ma ciężki żywot z moją fotograficzną pamięcią.

Dzisiaj K. jak zwykle przyjechała po mnie do pracy. Kiedy wróciłyśmy do domu K. zapytała: masz ochotę na winko? – Winko? jasne, że tak – odpowiedziałam. Przyciągnęła mnie do siebie: a na kolację będzie pieczony kurczak i purre z batatów. Wspaniale – odparłam – z jakiej to okazji – zażartowałam. K. spojrzała na mnie nieco podejrzliwie, tak jakby nie wiedziała, czy mówię poważnie. Dzisiaj jest rocznica naszych zaręczy – odparła.

Niebezpieczna pomarańcza

Zastanawiałam się ostatnio jaki jest przepis na udany związek? Często żartuję, że nasz związek jest taki cudowny, bo w 50% nie rozumiem co K. do mnie mówi i odpowiadam tylko: tak kochanie.

Ale na poważnie.

Każdy zna teorię o dwóch połowach pomarańczy, jabłka, dwóch duszach w jednym ciele. O co w niej chodzi? Ano o to, że każdy z nas ma z góry przeznaczoną sobie osobę, z którą może stworzyć idealny związek. Jest to osoba, która nas dopełni, w połączeniu z którą staniemy się całością. Jest to myśl niezwykle kojąca, że oto gdzieś tam na świecie, czeka na nas ta jedyna, wymarzona, upragniona miłość. Wielu osobom daje to poczucie bezpieczeństwa i pozwala marzyć i wierzyć, że takie uczucie należy się każdemu i że każdy bez wyjątku może go doświadczyć.

Na takim schemacie opiera się leitmotiv związku i miłości obecny w sztuce i tradycji śródziemnomorskiej. Uczymy się tego w szkole, czytamy o tym w książkach i oglądamy to w filmach. Chcemy wierzyć w przeznaczenie. Takie jedyne, ostateczne i niepodważalne. Myślę, że nie do końca zdajemy sobie sprawę, że to pułapka.

Załóżmy na chwilę, że jestem singielką czekającą na miłość swojego życia. Pewnie nie ma w tym nic złego, jeśli miłość mojego życia mieszkałaby tuż za rogiem i wpadłabym na nią w pobliskim warzywniaku. Ale co jeśli mieszka w jakiejś niewielkiej miejscowości na wybrzeżu Hiszpanii? Czy ktoś mi powie, gdzie mam jej szukać? Czy ktoś odgadnie, że muszę lecieć do Hiszpanii? A może powinnam czekać na decyzję przeznaczenia, które w końcu mnie tam zaprowadzi?

Często myślę, o kluczowych decyzjach, które podjęłam w swoim życiu. Takich, które zmieniały jego bieg. Widzę, to wyraźnie z perspektywy czasu. Jedna odpowiedź zaważyła o tym, że wylądowałam na studiach w mieście, w którym teraz mieszkam. Czy był to przypadek, czy przeznaczenie, czy impuls? Co sprawiło, że spotkałyśmy się na środku drogi, pomiędzy miastami, w których dorastałyśmy?

Lubię wierzyć, że niezależnie od podjętych decyzji, niezależnie od miejsca, nasze drogi i tak by się przecięły, tylko czy zdążyłybyśmy na czas?

Pragmatyczna strona mnie, niezwykle rzadko się odzywa, czasami próbuje coś powiedzieć ale jej szept ginie w energetycznym strumieniu spontaniczności. Jednak w tym wypadku jest nieugięta. Uważam, że każdy z nas potrafi stworzyć udany związek z kilkoma ludźmi w ciągu całego swojego życia. A dlaczego im się to nie udaje i dlaczego tłumaczą się pomarańczami?

No cóż…

Otagowane , ,

Zderzenie z tradycją

W tym roku po raz pierwszy z K. postanowiłyśmy spędzić Wielkanoc w domu. Nie chciałyśmy jechać do rodziców ani moich ani jej. Marzyłyśmy o tym, żeby odpocząć, poleniuchować, ponicnierobić. Umówiłyśmy się ze znajomymi, że wpadniemy na niezobowiązujące świąteczne śniadanie. Trochę jak z „Przyjaciół”, kiedy wszyscy zbierają się przy wspólnym stole, jedzą i prowadzą wesołe konwersacje. Nie święcimy jajek, nie idziemy do kościoła, nie pościmy, nie przejmujemy się.

Na dwa dni przed Wielkanocą J. napisała do mnie, że zrobi żurek i sałatkę. Odpisałam, że my przyniesiemy gryczany chleb, chrzan, sałatkę i jajka. J. odpisała, że jajka będą… święcone (sic!). Moje myśli zaczęły podążać utartymi przez lata szlakami: sałatka, jajka, chrzan, ćwikła, szynka, mazurki. Ponieważ żadna z nas nie je cukru ani glutenu musiałam wymyślić specjalne, rewolucyjne receptury.

W Wielką Sobotę zrobiłyśmy zakupy. Nie cierpię świątecznego tłoku, sklepowych przepychanek i garażowania wózków w moim tyłku, ale zagryzłam zęby, bo przecież muszę kupić składniki na sałatkę i mazurki. Resztę soboty spędziłam w kuchni krojąc, mieszając, ucierając i miksując. Byłam z siebie dumna. O 22:30 dostałam sms od J.:nie zrobiłam sałatki, bo nie mam roszponki, będzie tylko żurek, na pewno się najemy. Byłam zła. Jaka roszponka? jaką sałatkę ona chciała zrobić? Przecież na Wielkanoc robić się sałatkę jarzynową, taką jaką ja zrobiłam. Chce podać na śniadanie wielkanocne sam żurek? Nie chcę jeść żurku na śniadanie! Żurek nie jest moją ukochana zupą. Znowu my musimy wszystko zabierać! Gdyby nie ja, nie byłoby śniadania! W moje rozważania wdarł się chłodny rozsądek K.: Nie denerwuj się, przecież miało być na luzie.

Na luzie? Jak chcesz zrobić święta na luzie?

Otagowane , , ,

Subiektywne związkowe poczucie czasu

K. wychodzi do pracy przed 8:00. Nie widzimy się cały dzień. Wraca po 21:00. Bardzo nie lubię rozstawać się na tak długo. Wciąż naiwnie marzę o tym, żebyśmy nie musiały pracować i mogły spędzać ze sobą cały dany nam czas na ziemi. Wiem, że jest to wizja nierealna, chyba że wygramy na loterii, wtedy pojedziemy w podróż dookoła świata, ale póki co musimy pracować. Chyba nigdy do końca się z tym nie pogodzę. Zdaję sobie sprawę z tego, że nie wszystkie pary „tak mają”. W zasadzie, to żadna z naszych znajomych, mniej lub bardziej par nie ma takich odczuć. My chcemy, żeby czas się rozciągnął jak guma do nieskończoności. Chciałabym nie być wyjątkiem w tego rodzaju rozumowaniu. Myślę, że tak dzieję sietylko w przypadku, kiedy związek zaczyna tworzyć para przyjaciół. Brzmi banalnie? Jak rodem z romantycznej komedii o dwójce przyjaciół, która pewnego dnia odkrywa, że tak naprawdę łączy ich coś więcej? Nie do końca tak było. Ale o naszych początkach opowiem kiedy trochę lepiej się poznamy.

Otagowane , ,

Randkowanie i kłamanie

Nigdy nie byłam na randce. Nie czuję też jakbym coś straciła, ale czasem zastanawiam się nad niezręcznością randkowania. Czasem w filmach lub serialach główni bohaterowie w poszukiwaniu miłości chodzą na randki. Te spotkania przeważnie przedstawiane są jako stresujące, czasem trochę dziwne i niepewne. Jest też podobno jakiś ogólny kodeks randkowania. Spis reguł, rzeczy dozwolonych i niedozwolonych, lub dozwolonych po określonej ilości randek. Po trzeciej randce można złapać za tyłek, po piątej za cycki a po dziesiątej można uprawiać seks. Na pierwszej randce dozwolony jest subtelny pocałunek „na dobranoc”.

Zastanawiam się czy ludzie na prawdę przestrzegają jakichś ogólnych etycznych zasad, by stworzyć określone pozory, konkretny obraz samych siebie w oczach innych. Bo jeśli tak, to może właśnie to jest tajemnica tak wielu nieudanych związków. Opieramy się na pozorach, domysłach, wyobrażeniach i życzeniach a nie na prawdziwych uczuciach i potrzebach. Może tak bardzo pragniemy akceptacji, że postępujemy tak, jak wydaje nam się, że inni by chcieli, mówimy rzeczy, które ta druga osoba chce usłyszeć, a nie to co myślimy. Postępujemy tak nie tylko w związkach ale także w relacjach rodzinnych i służbowych. Przecież nie powiem szefowi, że jego dowcipy są bardzo marne i w dodatku obraźliwe, śmieję się jak cała reszta. Bratu nie powiem, że jest dupkiem, tylko składam życzenia świąteczne i przesyłam buziaczki. Teściowej mówię, że zupa była cudowna a koleżance, że sukienka świetnie podkreśla jej smukłe nogi. Kłamiemy na każdym kroku i każdego dnia. Zastanawiam się czy na takich kłamstewkach opiera się poprawne funkcjonowanie w społeczeństwie i dochodzę do wniosku, że zdecydowanie tak. Ja się w takim razie odnaleźć w tym całym zamęcie? Czy można mówić o kimś, że jest prawdomówny? Czy można wierzyć innym na słowo? Można ale nielicznym, potrzebny jest kompromis i równowaga i troszkę poczucia humoru. Acha i można uprawiać seks na pierwszej randce, przynajmniej ja to zrobiłam i jesteśmy już razem 4 lata.

Otagowane , ,

Sylwester i ważne decyzje

W tym roku spędzamy sylwestra w domu. Jeśli o mnie chodzi, to możemy go tak spędzać zawsze. Nie widzę w tej nocy nic niezwykłego, może tylko fajerwerki, które straszą moje psy. Wiem, że dla wielu osób jest to noc symboliczna w stylu „coś się kończy, coś się zaczyna” i nie zamierzam się z nimi sprzeczać, ale zmiany w swoim życiu zawsze można zacząć „od poniedziałku”. Chociaż po dłuższym zastanowieniu muszę przyznać, że dla nas w tym roku Sylwester to dead line na podjęcie ważnych życiowych decyzji – o ironio, tak wyszło, los ze mnie zakpił, Sylwester dał mi prztyczka w nos…no cóż. Słowo się rzekło, więc ze szklanką ginu w dłoni, podejmuję tę ważną, życiową decyzję i dokrawam plaster pomarańczy, która łagodzi nieco jałowcową goryczkę ginu.

Otagowane

Robak na lodówce

Spojrzałam w górę. Na krawędzi wysokiej, obmagnesowanej lodówki dostrzegłam bujającego się wielkiego robala. Przez chwilę zaniemówiłam, ale tylko przez chwilę. Wstałam od stołu. Bardzo powoli i ostrożnie podeszłam do lodówki. Śledząc uważnie każdy jego chwiejny krok, zgięłam lewą nogę w kolanie i zdjęłam z niej narzędzie zbrodni. Niespiesznie wyprostowałam plecy, uniosłam się na czubkach palców i zdecydowanym ruchem ręki z kapciem, zabiłam drania. Nie zdążyłam tylko zobaczyć czy trafiłam czy już spada czy jeszcze żyje, więc krzyknęłam przeraźliwie na całe gardło. Udało się. Znalazłam jego trupa na podłodze i już po chwili wylądował w śmieciach. Przemieszałam w garnku pomarańcze z cukrem, żeby nie przywarły do dna, bo dżem będzie gorzki. Usiadłam z powrotem przy stole. Czekam już tylko na Ciebie. Może dzisiejszy wieczór potoczy się inaczej. Zrobiłam sobie bardzo mocną kawę. Nie ma szans, żebym zasnęła przed północą.

Otagowane , ,